Soroka odetchnął. Pan Kmicic widocznie nie obawiał się znów tak bardzo księcia Bogusława, skoro o pościgu mówił. Ta ufność udzieliła się od razu staremu żołnierzowi przywykłemu myśleć głową swego pułkownika i czuć jego sercem.
Tymczasem pan Andrzej zamyślił się głęboko, nagle ocknął się i jął szukać czegoś koło siebie rękoma.
— A gdzie to moje listy? — spytał.
— Jakie listy?
— Którem miał przy sobie... W pasie były zatknięte; gdzie pas? — pytał gorączkowo pan Andrzej.
— Pas ja sam odpiąłem z waszej miłości, żeby waszej miłości lepiej było dychać; ot, tam leży.
— Dawaj!
Soroka podał skórzany pas podszyty irchą, w której były ściągane na sznurki kieszenie. Kmicic rozciągnął je i wydobył pośpiesznie papiery.
— To glejty do komendantów szwedzkich, a gdzie listy? — rzekł pełnym niepokoju głosem.
— Jakie listy? — powtórzył Soroka.