— Czas skręcać, już koniec okopu widać — rzekł pan Czarniecki.
Tu zwrócił się i zawołał z cicha:
— W prawo, w prawo!
Milczący szereg począł zawracać. Wtem księżyc oświecił nieco brzeg chmury i uczyniło się jaśniej. Idący ujrzeli pustą przestrzeń z tyłu szańca.
Straży, jak przewidywał Kmicic, nie było na tej przestrzeni wcale, po cóż by bowiem Szwedzi mieli stawiać placówki między własnymi szańcami a główną armią, która stała dalej. Najprzenikliwszy wódz nie mógł przypuścić, by z tej strony mogło nadejść jakie niebezpieczeństwo.
— Teraz jak najciszej! — rzekł pan Czarniecki. — Widać już namioty.
— I w dwóch jest światełko... Ludzie tam jeszcze czuwają... Pewnie starszyzna.
— Wejście od tyłu musi być wygodne.
— Oczywiście — odrzekł Kmicic. — Tędy armaty wtaczają i wojska wchodzą... Ot, już nasyp się poczyna. Pilnuj teraz, by broń nie zabrzękła...
Doszli już do wzniesienia usypanego starannie z tyłu szańców. Stał tam cały szereg wozów, na których podwożono prochy i kule.