Tymczasem nadeszli piechurowie i poczęli ciała wynosić. Czterech z nich, niosąc na płachcie trupa, zatrzymało się przed jenerałem bez rozkazu.
Miller spojrzał w płachtę i oczy zakrył.
— De Fossis... — rzekł głucho.
Ledwie co odeszli, nadciągnęli drudzy; tym razem Sadowski poruszył się ku nim i zawołał z daleka, zwracając się do sztabu:
— Horna niosą!
Lecz Horn żył jeszcze i długie miał przed sobą dni mąk okropnych. Chłop, który go ciął, dosięgnął go samym końcem kosy, ale uderzenie było tak straszne, że otwarło całą klatkę piersiową. Jednakże ranny zachował nawet przytomność. Spostrzegłszy Millera i sztab, uśmiechnął się, chciał coś mówić, lecz zamiast głosu wydobył tylko na usta pianę różową, po czym jął mrugać silnie oczyma i zemdlał.
— Zanieść go do mego namiotu! — rzekł Miller — i niech mój medyk opatrzy go natychmiast!
Następnie oficerowie usłyszeli, jak mówił sam do siebie.
— Horn. Horn... We śnie go dziś widziałem... zaraz z wieczora... Straszna, niepojęta rzecz...
I utkwiwszy oczy w ziemię, zamyślił się głęboko; nagle z zadumy zbudził go przerażony głos Sadowskiego: