— Bodaj was zabito! Ty, stary, o wszystkim myśl, a te szelmy za szeląg rozumu nie mają! Zapomnieliście, zbóje, o pierścieniach?... Łżecie jak psy!
— To się ociec wróć i obacz! — mruknął Damian.
— Łżecie, szelmy, klimkiem rzucacie! Starego ojca krzywdzić? tacy synowie! Bodajem was był nie spłodził! Bez błogosławieństwa pomrzecie!...
Kmicic wstrzymał nieco konia.
— A pójdźcie no tu! — rzekł.
Swary ustały. Kiemlicze posunęli się żywo i dalej jechali szeregiem we czterech.
— A wiecie drogę do śląskiej granicy? — spytał pan Andrzej.
— Oj, oj! Matko Boska! wiemy, wiemy! — rzekł stary.
— Szwedzkich oddziałów po drodze nie masz?
— Nie, bo wszyscy pod Częstochową stoją... Chybaby pojedynczych można napotkać, ale to Boże daj!