— Może się i to zdarzyć — odrzekł Kmicic.
W tej chwili weszli dwaj synowie starego: Kosma i Damian, bliźniacy, chłopy duże, niezgrabne, z ogromnymi głowami, porosłymi całkiem niezmiernie gęstym i twardym jak szczecina włosem, nierównym, sterczącym koło uszu, tworzącym wichry i fantastyczne czuby na czaszkach. Wszedłszy, stanęli koło drzwi, bo w obecności Kmicica usiąść nie śmieli, i Damian rzekł:
— Loch odwalony.
— Dobrze — rzekł stary Kiemlicz — pójdę przynieść miodu.
Tu spojrzał na synów znacząco.
— A tamte konie Zołtareńkowi ludzie zabrali — rzekł z przyciskiem.
I wyszedł z izby.
Kmicic patrzył na dwóch budrysów stojących pode drzwiami, jakoby toporem z gruba z pni wyciosanych, nagle spytał:
— Co wy teraz robicie?
— Konie bierzem! — odrzekli jednocześnie bliźniacy.