Na koniec poczęło szarzeć i dzwonek ozwał się już na jutrznię, gdy żołnierze strażujący przy południowej bramie usłyszeli parskanie konia.
Przed bramą stał chłop, cały zasypany śniegiem; za nim widać było na wjazdowej drodze niskie, małe sanki drewniane, zaprzężone w chudą i poszerszeniałą szkapę.
Chłop począł „zabijać” ręce, przestępować z nogi na nogę i wołać:
— Ludzie, a otwórzcie tam!
— Kto żywie? — zapytano z murów.
— Swój, ze Dzbowa!... Przywiozłem dobrodziejom zwierzynę.
— A jakże cię to Szwedy puścili?
— Jakie Szwedy?
— Którzy kościół oblegają.
— Oho, nie masz już nijakich Szwedów!