I znowu nastało milczenie, tylko dłuższe jeszcze niż poprzednio.
— Kto ma jakową radę? — spytał na koniec ksiądz Gębicki.
Wtem zabrzmiał głos Tyzenhauza, pełen goryczy i urągania:
— Kto się nie wahał osoby pańskiej na szwank wystawić, kto namawiał, by król bez straży jechał, ten niech teraz rady udzieli!
W tej chwili jeden jeździec wysunął się z koła; był to Kmicic.
— Dobrze — rzekł.
I podniósłszy się w strzemionach, krzyknął, zwróciwszy się ku stojącej opodal czeladzi:
— Kiemlicze, za mną!
To rzekłszy, puścił konia w cwał, a za nim trzech jeźdźców pomknęło co tchu w piersiach końskich.
Krzyk rozpaczy wydobył się z piersi pana Tyzenhauza.