To rzekłszy, król nawrócił konia ku wąwozowi, za nim towarzysze. Zatrzymali się tam, gdzie im pierwszy przejezdny góral samę granicę wskazywał.
Upłynął kwadrans, po czym pół godziny i godzina.
— Czy uważacie, wasze dostojności — ozwał się nagle wojewoda łęczycki — iż łuna zmniejsza się?
— Gaśnie, gaśnie prawie w oczach — odrzekło kilka głosów.
— To dobry znak! — zauważył król.
— Pojadę ja naprzód z kilkunastoma ludźmi — ozwał się Tyzenhauz. — O staję stąd staniemy i gdyby Szwedzi nadciągali, to ich zatrzymamy na sobie, dopóki nie polegniem. W każdym razie będzie czas o bezpieczeństwie osoby pańskiej pomyśleć.
— Trzymaj się kupy, zakazuję ci jechać! — rzekł król.
A na to Tyzenhauz:
— Miłościwy panie! każesz mnie później za nieposłuszeństwo rozstrzelać, ale teraz pojadę, bo tu o ciebie chodzi!
I skrzyknąwszy kilkunastu żołnierzy, którym można było zaufać w każdej potrzebie, ruszył naprzód.