— I któż by to Hankę do pana Sapiechy odprowadził?
— Choćby ten sam Babinicz.
— Z Tatarami? Bójże się Boga, panie bracie, toż to lud dziki i niesforny.
— Ja się tam nie boję — wtrąciła, dygając, Anusia.
Lecz księżna Gryzelda zmiarkowała już, że pan brat przyszedł z jakimś gotowym planem, więc wyprawiła Anusię z pokoju, sama zaś poczęła spoglądać pytającym wzrokiem na pana starostę.
On zaś rzekł jakby do siebie samego:
— Ordyńcy ci w proch się przed Babiniczem rozsypują. Wiesza ich za lada niesubordynację941.
— Nie mogę na taką ekspedycję pozwolić — odpowiedziała księżna. — Dziewczyna jest zacna, ale bałamutna, i łatwo w ludziach zapały budzi... Sam to wiesz najlepiej. Nigdy bym jej nie powierzyła człeku młodemu i nieznanemu.
— Nieznany on tam nie jest, bo kto o Babiniczach nie słyszał jako o familiantach942 i statecznych ludziach! (pierwszy pan starosta nigdy w życiu o Babiniczach nie słyszał)... Zresztą — mówił dalej — mogłabyś jej którą ze statecznych niewiast do kompanii dodać, to i decorum943 byłoby zachowane. Za Babinicza ja ręczę. Powiem ci i to, pani siostro, że ma on w tamtych stronach narzeczoną, w której srodze jest, jak sam powiada, zakochany... A kto zakochany, temu co innego w głowie. Grunt w tym, że taka druga sposobność nieprędko może się trafić; natomiast może fortuna dziewce przepaść i na dojrzałe lata zostanie bez dachu nad głową.
Księżna przestała haftować, podniosła głowę i utkwiła w bracie przenikliwe oczy.