— Cóż, mości rycerzu — rzekł wesoło — największą ozdobę z Zamościa mi wywozisz?
— Ale z wolą pańską — odpowiedział Kmicic.
— Pilnujże jej dobrze. Łakomy to specjał! Gotów ci ją kto odbić!
— A niech jeno popróbuje! O wa! Dałem parol953 kawalerski księżnej pani, a u mnie parol święta rzecz!
— No! na śmiech jeno mówię... Nie potrzebujesz się bać ani ostrożności nadzwyczajnych przedsiębrać.
— A taki954 poproszę jaśnie wielmożnego pana o jakowąś kolaskę zamykaną i blachami opatrzoną.
— Dam ci i dwie... Ale przecież zaraz nie jedziesz?
— Bogać! Pilno mi! I tak tu za długo siedzę.
— To wypraw swoich Tatarów naprzód do Krasnegostawu. Ja ze swej strony pchnę gońca, aby tam obroki były dla nich gotowe, a tobie eskortę własną aż do Krasnegostawu dam. Nic cię tu spotkać złego nie może, bo to kraj mój... Dam ci dobrych pachołków z niemieckiej dragonii, ludzi śmiałych i dróg świadomych... Zresztą, do Krasnegostawu trakt jak sierpem rzucił.
— A czemu to mam się sam ostawać?