— A kto cię tam wie, zbereźniku, jakąś ty ją odwiózł... Broń czego Boże, jeszcze będą ludzie gadali, że ją od sapieżyńskiej opieki kolki sparły984, i ja, stary, będę oczyma świecił... Cóżeście to na popasach czynili? Gadaj mi jeno zaraz, poganinie, zaliś985 od swoich Tatarów bisurmańskich986 obyczajów nie przejął?

— Na popasach?... — odrzekł wesoło Kmicic. — Na popasach kazałem sobie pachołkom skórę dyscyplinami987 orać, a to żeby mniej przystojne chęci wygnać, które pod skórą mają swoje siedlisko, a które confiteor988, na kształt bąków mnie cięły.

— A widzisz... Godnaże to jaka dziewka?

— At, koza! choć okrutnie gładka, a jeszcze więcej przylepna.

— Już bisurmanin się znalazł!

— Ale cnotliwa jako mniszka, to jej muszę przyznać. A co do kolek, mniemam, że by ją prędzej od pana zamojskiej opieki sparły.

Tu Kmicic opowiedział, jak i co było. Dopieroż hetman począł go klepać po ramieniu a śmiać się.

— No, ćwik989 z ciebie! Nie darmoż tyle o Kmicicu powiadają. Nie bój się! Pan Jan człek niezawzięty i mój konfident990. Przejdzie mu pierwsza pasja, to się jeszcze sam uśmieje i ciebie nagrodzi.

— A nie potrzebuję! — przerwał Kmicic.

— Dobrze i to, że ambicję masz i ludziom w ręce nie patrzysz. Usłuż mi jeno przeciwko Bogusławowi tak sprawnie, to o dawne kondemnaty991 nie będziesz się potrzebował bać.