— Czołem, wielmożny panie... Po ciemku nie można godności rozeznać.
— Czyi ludzie? — powtórzył Rzędzian, biorąc się w boki.
— Laudańscy, z chorągwi dawniej billewiczowskiej, a dziś pana Wołodyjowskiego.
— Dla Boga! to pan Wołodyjowski jest w Szczuczynie?
— Osobą swoją i z innymi pułkownikami, którzy ze Żmudzi przyszli.
— Bogu chwała, Bogu chwała! — powtórzył uradowany pan starosta. — A jacyż to pułkownicy są z panem Wołodyjowskim?
— Był pan Mirski — mówił Butrym — ale go szlag po drodze trafił, a jest pan Oskierko, pan Kowalski, dwóch panów Skrzetuskich...
— Jakich Skrzetuskich? — zakrzyknął Rzędzian. — Zali jeden z nich nie pan Skrzetuski z Burca?
— Tego nie wiem skąd — odparł Butrym — jeno wiem, że to jest pan Skrzetuski zbarażczyk.
— Rety! to mój pan!