— Dwie orty?... To chyba nie szczery, ale przednio udany... Pokaż waść!
— Weź, wasza mość!
— A sam to się nie możesz ruszyć?... Ja mam chodzić?
— Bom się okrutnie strudził.
— Ej, bratku! rzekłby kto, że oblicze chcesz ukryć!
Słysząc to, Józwa nie rzekł ani słowa, jeno zbliżył się do komina, wyciągnął palącą się głownię i trzymając ją wysoko nad głową, poszedł wprost do Kmicica i zaświecił mu w oczy.
Kmicic podniósł się w jednej chwili na całą wysokość i przez jedno mgnienie powieki patrzyli sobie oko w oko — nagle głownia wypadła z rąk Józwy, rozsypując tysiące skier po drodze.
— Jezus Maria!! — zakrzyknął Butrym — to Kmicic!...
— Jam jest! — odrzekł pan Andrzej, widząc, że nie ma dłużej sposobu ukryć się.
Lecz Józwa zaczął krzyczeć na żołnierzy, którzy zostali przed sienią: