Kmicic chodził po izbie i po czuprynie się głaskał, to wąsa młodego pokręcał, namyślając się: jak jej opowiedzieć, co się w Upicie zdarzyło.
— Trzeba szczerą prawdę wyznać — mruczał pod nosem — nie ma rady, choćby kompania mieli się śmiać, że mnie tu już na pasku wodzą...
I znów chodził, i znów czuprynę na czoło nagarniał, wreszcie zniecierpliwił się, że dziewczyna długo nie wraca.
Tymczasem pacholik wniósł światło, pokłonił się w pas i wyszedł, a potem zaraz weszła wdzięczna gosposia, niosąc sama w obu rękach błyszczącą cynową tacę, na niej garnuszek, z którego wychodziła wonna para zagrzanego węgrzyna, i pucharek rżnięty ze szkła, z herbem Kmiciców. Stary Billewicz dostał go w swoim czasie od ojca pana Andrzeja, gdy u niego w gościnie bawił.
Pan Andrzej, ujrzawszy gosposię, poskoczył ku niej.
— Hej! — zawołał — rączyny obiedwie zajęte, nie wymkniesz mi się!
I przechylił się przez tacę, a ona cofała swą jasną główkę bronioną tylko przez opar wychodzący z garnuszka.
— Zdrajca! Dajże waćpan spokój, bo upuszczę polewkę...
Ale on się groźby nie uląkł, po czym zakrzyknął:
— Jak Bóg w niebie, od takich delicyj rozum może się pomieszać!