Nagle naokół karczmy rozległ się krzyk: Ałła!, i huk kilku wystrzałów. W jednej chwili ciemne tłumy żołnierzy pojawiły się, jakby spod ziemi wyrosły. Uczynił się zamęt i szczękanie szablami, klątwy, stłumione krzyki, lecz wszystko nie trwało dłużej nad dwa pacierze.
Po czym na majdanie przed karczmą zostało kilka ciał ludzkich i końskich, oddział zaś Wołodyjowskiego ruszył dalej, prowadząc ze sobą dwudziestu pięciu jeńców.
Szli teraz w skok, poganiając płazami szabel rajtarskie konie, i skoro świt, doszli do Magnuszewa. W obozie Czarnieckiego nikt nie spał; wszyscy byli w pogotowiu. Sam kasztelan wyszedł przeciw podjazdowi, wspierając się na obuszku243, wychudzony i blady z bezsenności.
— Co tam? — spytał Wołodyjowskiego. — Siła244 masz języka?
— Jest dwudziestu pięciu jeńców.
— A ilu uszło?
— Nec nuntius cladis245. Wszyscy ogarnięci!
— Ciebie jeno wysyłać, choćby do piekła, żołnierzyku! Dobrze! Wziąć ich zaraz na pytki. Sam będę indagował!
To rzekłszy, kasztelan zwrócił z miejsca, a odchodząc, rzekł:
— A być w gotowości, bo może nie mieszkając ruszymy na nieprzyjaciela.