— Trzeba i nam za nim do Prus.
— Dawno to mówię! — rzekł Zagłoba.
Pan Czarniecki popatrzył nań przez chwilę w zamyśleniu.
— Nieszczęście! — rzekł głośno — bo gdybym ja nadążył pod Sandomierz, tedybyśmy we dwóch z hetmanem żywej nogi nie puścili... Ha! stało się i nie wróci!... Wojna się przedłuży, ale tak i temu najazdowi, i najezdnikom śmierć pisana.
— Nie może inaczej być!... — zawołali chórem rycerze.
I wielka otucha wstąpiła im do serc, choć przed chwilą wątpili.
Wtem szepnął coś Zagłoba do ucha panu dzierżawcy z Wąsoszy, a ów znikł we drzwiach i po chwili wrócił z gąsiorem. Widząc to, Wołodyjowski pochylił się do kolan kasztelanowi.
— Łaska by to była dla prostaka żołnierza niepowszednia... — zaczął.
— Napiję się z wami chętnie — rzekł Czarniecki — a wiecie dlaczego? Owo dlatego, że nam się pożegnać przyjdzie.
— Jakże to? — zawołał zdumiony Wołodyjowski.