Nagle krzyk powstał tak wielki, że aż ucztujący w izbie umilkli.
— Co to jest? — spytał któryś z pułkowników. — Pachołkowie nie mogą takiego wrzasku czynić!
— Cicho no, mości panowie! — rzekł, nasłuchując, zaniepokojony hetman.
— To nie zwykłe okrzyki!
Nagle wszystkie okna zadrżały od huku dział i muszkietowej palby.
— Wycieczka! — krzyknął Wołodyjowski — nieprzyjaciel następuje!
— Do koni! Do szabel!
Wszyscy zerwali się na równe nogi. Ciżba stała się przy drzwiach, następnie tłum oficerów wypadł na majdan, nawołując na pachołków, by im podawali konie.
Lecz w zamęcie niełatwo było każdemu do swego trafić; tymczasem zza majdanu głosy trwożne poczęły wołać w ciemności:
— Nieprzyjaciel nastąpił! Pan Kotwicz w ogniu!