— Ale gdzie go ubezpieczyć? Tu go trzymać nie możem, bo tu, u licha, wojna domowa wybuchnąć gotowa — ozwał się pan wojewoda ruski.
Na to wystąpił pan starosta kałuski, Sobiepan, i wydymając mocno wargi, rzekł ze zwykłą sobie fantazją:
— A cóż! miłościwy panie! Dajcie mi ich do Zamościa, niech posiedzą, póki się spokój nie uczyni. Już ja go tam przed szlachtą obronię... Ba! niech mi spróbują go wydrzeć! Ba!
— Ale w drodze, jak go wasza dostojność obronisz? — spytał kanclerz.
— Ha! jeszcze mnie na pachołków stać. Albo to nie mam piechoty i dział, co? Niech go Zamoyskiemu wydrą! Obaczym!
Tu zaczął się w boki brać, po udach klepać i na kulbace404 na obie strony się przechylać.
— Nie ma innej rady! — rzekł kanclerz.
— I ja nie widzę! — dodał pan Lanckoroński.
— To ich i weźcie, panie starosto! — rzekł do Zamoyskiego król.
Lecz Wittenberg widząc, że już życiu jego nic nie grozi, uznał za stosowne protestować.