— Gdybym tę twierdzę posiadł — odparł król — we dwa miesiące wojnę skończę.
— Na taką twierdzę rok oblężenia mało.
Król w duszy przyznawał słuszność staremu wojownikowi, nie przyznał się tylko przed nim do tego, że i sam środków nie widzi, że jego geniusz wyczerpany.
Lecz liczył jeszcze na jakiś niespodziany wypadek — więc kazał strzelać dzień i noc.
— Ducha w nich pognębię, do układów będą łatwiejsi — mówił.
Po kilku dniach strzelaniny tak zaciekłej, że świata spoza dymu nie było widać, posłał znów Forgella do twierdzy.
— Król i pan mój — rzekł, stanąwszy przed starostą, jenerał — liczy na to, że szkody, jakie Zamość ponieść od naszych dział musiał, zmiękczą wyniosły waszej książęcej mości umysł i do układów go skłonią.
A na to pan Zamoyski:
— Owszem! tak!... szkody są... Czemu nie ma być! Zabiliście świnię w rynku, którą złam granatu w żywot71 ugodził. Strzelajcie jeszcze tydzień, a może zabijecie drugą...
Forgell poniósł tę odpowiedź królowi. Wieczorem odbyła się znów narada w kwaterze królewskiej i nazajutrz poczęli Szwedzi pakować namioty na wozy i ściągać działa z szańców... a w nocy ruszyło całe wojsko.