— Wielki to kawaler! — zawołał miecznik.
— Chluba całego wojska! — dodała Oleńka.
— Dla Boga! czy tylko nie polegli, żeś ich waćpanna nie widziała?
— Ej, nie! — odrzekła Anusia — przecieby głośno było o śmierci takich rycerzy, a nie mówiono mi nic... Waćpaństwo ich nie znacie... Nie dadzą się oni nigdy... chyba kula może ich zabić, bo żaden człowiek im nie poradzi, ani panu Skrzetuskiemu, ani panu Zagłobie, ani panu Michałowi. Chociaż pan Michał mały, ale pamiętam, co książę Jeremi o nim powiadał, że gdyby los całej Rzeczypospolitej zawisł od bitwy jednego z jednym, to by pana Michała do niej wybrał. Onże Bohuna usiekł... O, nie! pan Michał zawsze sobie da rady.
Miecznik kontent, że ma z kim gawędzić, począł chodzić szerokimi krokami po komnacie zapytując:
— Proszę, proszę! To waćpanna znasz tak dobrze pana Wołodyjowskiego?
— Bośmy tyle lat razem byli...
— Proszę!... To pewno się i bez afektów nie obeszło?
— Ja temu nie winna — rzekła Anusia, przybierając skromną postawę — ale do tej pory pewnie i pan Michał się ożenił.
— A właśnie że się nie ożenił.