— Nie wojsko to idzie ani armia, ale kondukt pogrzebowy! — mówili starzy wojownicy w Kazimierzowym otoczeniu.
Zdanie to dzieliło wielu oficerów szwedzkich.
Sam król powtarzał jeszcze, że do Lwowa idzie, lecz oszukiwał siebie i swoich. Nie do Lwowa mu było iść, lecz o własnym ratunku myśleć. Zresztą i to było niepewnym, czy Jan Kazimierz we Lwowie się znajduje, a w każdym razie mógł się cofnąć aż hen, na Podole, i wyprowadzić za sobą nieprzyjaciela w dalekie stepy, na których przyszłoby Szwedom zginąć bez ratunku.
Poszedł Duglas82 pod Przemyśl spróbować, czyliby ta przynajmniej twierdza nie dała się zająć, i wrócił nie tylko z niczym, ale i poszarpany. Katastrofa zbliżała się z wolna, ale nieubłaganie. Wszystkie wieści, jakie przychodziły do szwedzkiego obozu, były tylko jej zapowiedzią. Co dzień zaś nadchodziły nowe, coraz groźniejsze.
— Sapieha idzie, już jest w Tomaszowie! — powtarzano jednego dnia.
— Pan Lubomirski83 wali z Podgórza z wojskiem i góralami! — mówiono nazajutrz.
I znów potem:
— Król wiedzie kwartę i sto tysięcy ordy! Z Sapiehą się połączył!
Były między tymi „awizami klęski i śmierci” nieprawdziwe i przesadzone, ale wszystkie szerzyły przerażenie. Duch w armii upadł. Dawniej, ilekroć Karol własną osobą pojawiał się przed pułkami, tylekroć witały go okrzyki, w których brzmiała nadzieja zwycięstwa, teraz pułki stały przed nim głuche i nieme. Za to u ognisk zgłodniały i strudzony na śmierć żołnierz więcej szeptał o Czarnieckim niż o własnym królu. Widziano go wszędzie. I rzecz szczególna! Gdy przez parę dni nie zginął żaden podjazd, gdy kilka nocy upłynęło bez alarmów, bez okrzyków: „Ałła!” i „Bij, zabij!” — niepokój powstawał jeszcze większy.
— Czarniecki ucichł. Bóg wie, co gotuje! — powtarzali żołnierze.