Szwedzki szereg poruszył się w tej chwili z największą dokładnością, za nim drugi, trzeci, czwarty. Przestrzeń między dwoma oddziałami zaczęła się zmniejszać.
— Tuj! — skomenderował Kanneberg.
Muszkiety szwedzkie poruszyły się jak jeden, żelazne szyje wyciągnęły się ku polskim jeźdźcom.
Lecz pierwej, nim zagrzmiały muszkiety, jeźdźcy polscy zawrócili konie i poczęli umykać bezładną kupą.
— Naprzód! — krzyknął Kanneberg.
Oddział ruszył z miejsca skokiem, aż ziemia zadrżała pod ciężkimi kopytami rajtarskich koni.
Las napełnił się krzykiem goniących i uciekających. Po kwadransie gonitwy, bądź że konie szwedzkie były lepsze, bądź że polskie jakowąś drogą pomęczone, dość, że przestrzeń dzieląca dwa wojska zaczęła się zmniejszać.
Lecz zarazem stało się coś dziwnego. Oto bezładna z początku kupa polska, w miarę trwania ucieczki, nie tylko nie rozpraszała się coraz bardziej, ale przeciwnie, uciekała w coraz lepszym ordynku89, coraz równiejszymi szeregami, jak gdyby sama szybkość koni równała jeźdźców w szeregi.
Spostrzegł to Sweno, rozpuścił konia, dopadł do Kanneberga i począł wołać:
— Wasza dostojność! to nie zwykła partia, to regularny żołnierz, któren90 umyślnie umyka i do zasadzki nas prowadzi.