Prawda biła z opalonej twarzy pacholika i ochotę miał widocznie wielką na Szwedów, bo mu policzki pałały i stał przed oficerami, trzymając jedną ręką za grzywę źrebca, z rozwianym włosem, rozchełstaną koszulą na piersiach, oddychając szybko.
— A gdzie reszta szwedzkiego wojska? — spytał chorąży.
— Jeszcze o świtaniu przewaliło się ich tyla, żeśmy zrachować nie mogli, ale tamci poszli dalej, a ostała jeno jazda, a jeden śpi u dobrodzieja, powiadają, że król.
Na to Szandarowski:
— Chłopie, jeśli łżesz, szyja ci spadnie, ale jeśli prawdę mówisz, proś, o co chcesz.
A pacholik skłonił mu się do strzemienia.
— Żebym tak zdrów był! Nie chcę nijakiej nagrody, jeno żeby mi wielmożny pan oficer „siablę” dać kazał.
— A dać mu tam jaką szerpentynę146! — krzyknął na swoją czeladź zupełnie już przekonany Szandarowski.
Inni oficerowie poczęli wypytywać jeszcze pachołka, gdzie dwór, gdzie wieś, co robią Szwedzi, ten zaś odrzekł:
— Pilnują, psiajuchy! Kiedy byście prosto poszli, to was obaczą, ale ja was za olszyną poprowadzę.