Ostatni pozostali rajtarowie rzucili się na niego z wściekłością, jeden pchnął go jeszcze przez chorągiew i przeszył mu ramię, lecz w tej chwili rozniesiono wszystkich na szablach w puch.
Za czym kilkanaście krwawych rąk wyciągnęło się ku chłopakowi.
— Chorągiew, dawaj chorągiew! — poczęto wołać.
Szandarowski poskoczył mu z pomocą.
— Zaniechać go! On wziął w moich oczach, niech ją samemu kasztelanowi odda.
— Jedzie kasztelan! jedzie! — ozwały się liczne głosy.
Jakoż z dala ozwały się wojenne krzywuły156 i na drodze od strony grodzi ukazała się cała chorągiew pędząca w skok ku plebanii. Była to chorągiew laudańska; na jej czele jechał sam pan Czarniecki. Dobiegłszy, widząc, iż wszystko już skończone, wstrzymali konie; żołnierze Szandarowskiego poczęli się sypać ku nim.
Poskoczył i Szandarowski z relacją do kasztelana, tak zaś był spracowany, że z początku tchu złapać nie mógł, bo i dygotał jak w febrze, i głos urywał mu się co chwila w gardzieli.
— Sam król był... nie wiem... jeżeli uszedł...
— Uszedł! uszedł! — ozwali się ci, którzy patrzyli na gonitwę.