— W Bogu nadzieja, że nic nie sprawią!
Na to pan Zagłoba:
— Choćby też i Malborg wzięli, my tymczasem Carolum Gustavum captivabimus166; obaczym, czy fortecy za króla nie oddadzą.
— Patrzcie! Babinicz idzie już do nas! — przerwał Skrzetuski.
On zaś istotnie, dostrzegłszy ich, począł odsuwać tłum na obie strony i dążyć ku nim, kiwając im czapką i uśmiechając się z daleka. Przywitali się jak dobrzy znajomi i przyjaciele.
— Co słychać? Cóżeś, panie kawalerze, uczynił z księciem? — pytał Zagłoba.
— Źle słychać, źle! Ale nie pora o tym powiadać. Teraz do stołów zasiądziemy. Waszmościowie zostaniecie tu na noc; chodźcież do mnie po uczcie na nocleg, między moich Tatarów. Szałas mam wygodny, to sobie przy kielichach pogawędzim do rana.
— Jak tylko ktoś mądrze mówi, nie ja się przeciwię! — odparł Zagłoba. — Powiedz nam jeno, od czegoś tak wymizerniał?
— Bo mnie w bitwie razem z koniem obalił i rozbił ten piekielnik, jako gliniany garnek, że jeno od tej pory żywą krwią pluwam i przyjść do siebie nie mogę. W miłosierdziu Pana naszego Chrystusa nadzieja, że jeszcze krew z niego wytoczę. Ale teraz chodźmy, bo już pan Sapieha z panem Czarnieckim poczynają sobie świadczyć i o pierwszy krok się ceremoniować. Znak to, że stoły gotowe. Z wielkim sercem tu na was czekamy, boście też juchy szwedzkiej dość rozlali.
— Niech inni mówią, jakem dokazywał! — rzekł Zagłoba — mnie nie wypada!