— Nie tylkom tamtej nie odzyskał, ale jeszcze i drugą Bogusław mi porwał.
— Czysty Turek! jak mi Bóg miły! — zakrzyknął Zagłoba. A pan Michał począł wypytywać:
— Jaką drugą?
— At, siła174 powiadać — odrzekł Kmicic. — Była jedna dziewka, okrutnie gładka, w Zamościu, która się panu staroście kałuskiemu haniebnie podobała. Ów, że siostry, księżnej Wiśniowieckiej, się boi, nie śmiał przy niej zbyt nacierać, umyślił tedy dziewkę wysłać ze mną, niby do pana Sapiehy, po spadek na Litwie, w rzeczy zaś dlatego, by mi ją o pół mili za Zamościem odjąć i w jakiej pustce osadzić, w której by nikt zapałom jego nie mógł przeszkadzać. Alem ja zwietrzył tę intencję. „Chcesz ty ze mnie (pomyślałem) rajfura swego uczynić? — czekaj!” I ludzi mu wybatożyłem, a pannę w całej panieńskiej cnocie do pana Sapiehy odwiozłem. Mówię waćpaństwu, dziewka krasna jako szczygieł, ale zacna... Ja też już inny człek, a moi kompanionowie! Panie, świeć nad ich duszą! dawno już popróchnieli w ziemi!
— Cóż to była za dziewka? — spytał Zagłoba.
— Z zacnego domu, respektowa175 księżnej pani Wiśniowieckiej. Niegdyś była zmówiona176 z Litwinem Podbipiętą, któregoście waćpanowie znali...
— Anusia Borzobohata!!! — wrzasnął, zrywając się z miejsca, Wołodyjowski.
Zagłoba zerwał się także z kupy wojłoków.
— Panie Michale, pohamuj się!
Lecz pan Wołodyjowski skoczył jak kot ku Kmicicowi.