— Jezusie Nazareński! — krzyknęła Anusia.
I tyle było w tym okrzyku prawdy i szczerości, iż Kmicic rzekł łagodniej:
— Jakże? Toś waćpanna nie w zmowie?... Może to być!
Anusia zakryła twarz rękoma, lecz nie mogła nic mówić, jeno powtarzała raz po razu:
— Jezus, Mario! Jezus, Mario!
— Uspokój się panna — rzekł jeszcze łagodniej pan Kmicic. — Pojedziesz bezpiecznie do pana Sapiehy, bo tego pan starosta nie wyliczył, z kim ma sprawę... Ot, ci ludzie, których tam sieką, mieli cię porwać. Daruję ich zdrowiem, aby mogli panu staroście opowiedzieć, jako im gładko poszło.
— To waćpan mnie od hańby obronił?
— Tak jest! chociażem nie wiedział, czy rada będziesz.
Anusia, zamiast odpowiadać lub zaprzeczać, chwyciła nagle pana Andrzeja za rękę i przycisnęła ją do swych bledziuchnych ust.
A po nim skry przeszły od nóg do głowy.