— Pójdziem naprzód, choćby pod sam Lwów, do którego niezbyt daleko. Musim języka1785 dostać i królowi o Janie Kazimierzu pewną wiadomość przywieźć.
— A jeśli na siły przeważne trafim?
— Choćbyśmy też spotkali i kilka tysięcy tej hałastry, którą oni pospolitym ruszeniem zowią, przecie z takimi żołnierzami nie damy się rozerwać.
— Ale możem trafić i na regularne wojska. Nie mamy armat, a armaty przeciw nim grunt.
— Tedy w porę się cofniem i królowi o nieprzyjacielu doniesiem. Tych zaś, którzy by nam chcieli odwrót przeciąć, rozbijem.
— Nocy się boję! — odpowiedział Sweno.
— Zachowamy wszelkie ostrożności. Spyży1786 dla ludzi i koni mamy na dwa dni, nie potrzebujem się spieszyć.
Jakoż gdy znowu zagłębili się w bór za Wielkimi Oczami, jechali nierównie ostrożniej. Pięćdziesiąt koni poszło naprzód. Ci jechali z gotowymi muszkietami w ręku, mając wsparte kolby na udach, i oglądali się bacznie na wszystkie strony. Badali zarośla, chaszcze, częstokroć przystawali, słuchając, czasem zjeżdżali z drogi w bok, by zbadać przybrzeżne głębie borowe, ni na drodze jednak, ni po bokach nie było nikogo.
Dopiero w godzinę później, minąwszy skręt dość nagły, dwóch rajtarów1787 jadących w przodku ujrzało na czterysta kroków przed sobą jeźdźca na koniu.
Dzień był pogodny i słońce świeciło jasno, więc owego jeźdźca widać było jak na dłoni. Sam był żołnierzyk niewielki, przybrany bardzo przystojnie i z cudzoziemska. Wydawał się dlatego zwłaszcza tak mały, że siedział na rosłym bułanym bachmacie, widocznie wielkiej krwi.