Wtem w zamęcie rozległy się głosy:
— Chorągiew brać! chorągiew!
Usłyszawszy to, pachoł żgnął sztychem źrebca i rzucił się jak płomień naprzód, gdy zaś każdy z rajtarów stojących przy sztandarze miał na sobie dwóch lub trzech jeźdźców polskich, chłopak chlasnął chorążego szablą przez gębę, a ten ręce rozkrzyżował i pochylił się twarzą na grzywę końską.
Błękitny sztandar upadł z nim razem.
Najbliższy rajtar, krzyknąwszy okropnie, chwycił natychmiast za drzewce, zaś chłopak ujął za płachtę, szarpnął, oddarł w mgnieniu oka, zwinął ją w kłąb i przyciskając obu rękoma do piersi, począł wrzeszczeć wniebogłosy:
— Mam, nie dam! Mam, nie dam!
Ostatni pozostali rajtarowie rzucili się na niego z wściekłością, jeden pchnął go jeszcze przez chorągiew i przeszył mu ramię, lecz w tej chwili rozniesiono wszystkich na szablach w puch.
Za czym kilkanaście krwawych rąk wyciągnęło się ku chłopakowi.
— Chorągiew, dawaj chorągiew! — poczęto wołać.
Szandarowski poskoczył mu z pomocą.