— Nie ostatnią — odpowiedział Wołodyjowski.
— Witam waściów uprzejmie. Dla pana Czarnieckiego mam prawdziwą estymę, jako dla wielkiego żołnierza, chociaż mi parol złamał, bo powinien dotąd spokojnie w Siewierzu siedzieć.
Na to Kmicic:
— Wasza królewska mość! Nie pan Czarniecki, ale jenerał Miller pierwszy parol złamał, Wolfowy regiment królewskiej piechoty zagarniając.
Miller postąpił krok, spojrzał w twarz Kmicicowi i począł coś szeptać do króla, któren, mrugając ciągle oczyma, słuchał dość pilnie, spoglądając na pana Andrzeja, wreszcie rzekł:
— To, widzę, wybranych kawalerów pan Czarniecki mi przysłał. Ale z dawna to wiem, że rezolutów między wami nie brak, jeno wiary w dotrzymaniu obietnic i przysiąg brakuje.
— Święte słowa waszej królewskiej mości! — rzekł Zagłoba.
— Jak to waść rozumiesz?
— Bo gdyby nie ta narodu naszego przywara, to byś, miłościwy panie, tu nie był!
Król znów pomilczał chwilę, jenerałowie znów zmarszczyli się na śmiałość wysłannika.