— Jest dwudziestu pięciu jeńców.
— A ilu uszło?
— Nec nuntius cladis1945. Wszyscy ogarnięci!
— Ciebie jeno wysyłać, choćby do piekła, żołnierzyku! Dobrze! Wziąć ich zaraz na pytki. Sam będę indagował!
To rzekłszy, kasztelan zwrócił z miejsca, a odchodząc, rzekł:
— A być w gotowości, bo może nie mieszkając ruszymy na nieprzyjaciela.
— Jak to? — rzekł Zagłoba.
— Cicho waść — odpowiedział Wołodyjowski.
Szwedzcy jeńcy bez przypiekania w mig zeznali, co było im wiadomo o siłach margrabiego badeńskiego, o ilości armat, piechoty i jazdy. Zadumał się tedy nieco pan kasztelan, bo się dowiedział, że wprawdzie jest to nowo zaciężna armia, ale złożona z samych starych żołnierzy, którzy w Bóg wie ilu wojnach brali udział. Było też siła między nimi Niemców i znaczny oddział dragonii francuskiej; cała siła przewyższała o kilkaset głów wojsko polskie. Lecz natomiast pokazało się z zeznań, że margrabia ani przypuszczał nawet, iżby Czarniecki był tak blisko, i wierzył, iż Polacy całą siłą oblegają króla pod Sandomierzem.
Ledwie to usłyszał kasztelan, gdy zerwał się z miejsca i zakrzyknął na swego dworzanina: