Książę począł chodzić po pokoju, stukając głośno czekanikiem, którym podpierał się silnie, bo od ostatniego odrętwienia nogi mu jeszcze niezbyt służyły.
Wtem pachołkowie wnieśli kandelabry ze świecami i wyszli, lecz pęd powietrza pochylił płomienie świec tak, iż długo nie mogły się palić prosto, topiąc tymczasem obficie wosk.
— Patrz, jak się świecę palą — rzekł książę. — Cóż stąd wróżysz?
— Że jedna cnota stopi się dziś jak wosk.
— Dziw, jak długo trwa to chybotanie.
— Może dusza starego Billewicza przelatuje nad płomieniami.
— Głupiś! — rzekł porywczo książę Bogusław — ogromnieś głupi! A wybrał też sobie porę do mówienia o duchach!
Nastała chwila milczenia.
— W Anglii powiadają — ozwał się książę — że jak duch jakowy jest w izbie, to każda świeca będzie ci się palić błękitno, a te, patrz! płoną żółto, jak zwykle.
— Furda! — rzekł Sakowicz. — W Moskwie są ludzie...