W tamtą stronę jechali drogą kościelną, ale wracać wypadało im koniecznie na Lubicz i Wołmontowicze. Panna, ledwie ujrzała pierwsze dymy lubickie, zaraz odwróciwszy oczy, poczęła szybko odmawiać pacierze, aby bolesne myśli odegnać, miecznik zaś jechał w milczeniu i tylko rozglądał się dokoła.
Wreszcie, gdy już minęli kołowrót, rzekł:
— Senatorska to gleba! Lubicz za dwoje Mitrunów stanie.
Oleńka dalej odmawiała pacierze.
Lecz w mieczniku przebudził się widocznie dawny zawołany gospodarz, a może i szlachcic do pieniactwa po trosze skłonny, bo po chwili rzekł znowu jakby sam do siebie:
— A przecie po prawdzie to nasze... Stara billewiczowska substancja2486, nasz pot, nasz trud. Tamten nieszczęśnik musiał dawno zginąć, skoro się nie zgłosił, a choćby się i zgłosił, prawo za nami.
Tu zwrócił się do Oleńki:
— Co myślisz, proszę?
Na to panna:
— Przeklęte to miejsce. Niech się z nim, co chce, dzieje.