To rzekłszy pan Charłamp skoczył znów do szeregu i zakomenderował krótkim, donośnym głosem:
— Lewo! zwrot — w tył!
Kopyta zadźwięczały po bruku. Szereg rozłamał się na dwoje, połowy rozłamały się znowu, aż wreszcie sformowały się czwórki, które wolnym krokiem poczęły oddalać się w stronę cekhauzu.
— Dobrzy żołnierze — rzekł Skrzetuski patrząc okiem znawcy na mechaniczne ruchy dragonów.
— Sama to drobna szlachta i bojarzynkowie putni347 w tej broni służą — odparł Wołodyjowski.
— O Boże! zaraz znać, że to nie pospolitaki! — zawołał pan Stanisław.
— Ale że to Charłamp im porucznikuje? — pytał Zagłoba. — Czyli się mylę, ale pamiętam, że on w piatyhorskiej chorągwi348 służył i srebrną pętelkę nosił na ramieniu?
— Tak jest — rzekł Wołodyjowski. — Ale już z parę lat, jak pułkiem dragońskim dowodzi. Stary to żołnierz i kuty.
Tymczasem Charłamp, odesławszy dragonów zbliżył się do naszych rycerzy.
— Proszę waszmościów za mną... Ot, tam cekhauz za pałacem. W pół godziny później siedzieli już w pięciu nad misą piwa grzanego, dobrze zabielonego śmietaną, i rozmawiali o nowej wojnie.