— E! nie będzie z tego nic. Niemało o to starań czyniła pierwsza jego żona i nic nie wskórała, aż umarła ze zmartwienia... Ale czemu to Szkoty z warty nie schodzą? Widać, znowu ktoś godny będzie przejeżdżał.
Jakoż w dalekości ukazał się cały orszak zbrojnych żołnierzy.
— To dragony Ganchofa, poznaję — rzekł Wołodyjowski — ale jakieś karety w środku idą!
Wtem bębny poczęły warczeć.
— Oho! to widać, ktoś większy od księdza biskupa żmudzkiego! — zawołał Zagłoba.
— Czekaj waść, już są.
— Dwie karety w pośrodku.
— Tak jest. W pierwszej to pan Korf, wojewoda wendeński.
— Jakże! — zakrzyknął Jan — to znajomy ze Zbaraża...
Jakoż wojewoda poznał ich, a najpierwej Wołodyjowskiego, którego widocznie częściej widywał: więc przejeżdżając wychylił się z kolaski i zakrzyknął: