Gosiewski i Judycki byli mu wprawdzie niechętni, ale obydwóch miał w ręku i pod wartą, a co do wojewody witebskiego, zbyt to był cnotliwy człowiek, zbyt dobry obywatel, aby w przeddzień nowej wyprawy przeciw nieprzyjaciołom można się było obawiać z jego strony jakichkolwiek przeszkód i machinacji.
— Bóg widzi, nic nie rozumiem! — zakrzyknął Kmicic nie umiejący w ogóle utrzymać swoich myśli.
— Dziś jeszcze zrozumiesz wszystko — odparł spokojnie Radziwiłł. — A teraz pójdźmy do sali.
I wziąwszy pod rękę młodego pułkownika skierował się z nim ku drzwiom.
Przeszli kilka komnat. Z daleka, z olbrzymiej sali, dochodziły dźwięki kapeli, której przewodził Francuz sprowadzony umyślnie przez księcia Bogusława. Grano też menueta, którego wówczas na dworze francuskim tańcowywano. Łagodne tony mieszały się z gwarem licznych głosów ludzkich. Książę Radziwiłł zatrzymał się i słuchał.
— Daj Boże — rzekł po chwili — aby ci wszyscy goście, których pod dach przyjmuję, nie przeszli jutro do moich nieprzyjaciół.
— Mości książę — odparł Kmicic — mam nadzieję, że nie masz między nimi szwedzkich stronników...
Radziwiłł drgnął i wstrzymał się nagle.
— Co ty chcesz powiedzieć?
— Nic, mości książę, jeno, że tam zacni żołnierze się weselą.