Wieczór już był, gdy do piwnicy, w której siedzieli, wszedł oficer z latarnią w ręku i rzekł:
— Zbierajcie się, waszmościowie, iść ze mną.
— Dokąd? — pytał niespokojnym głosem pan Zagłoba.
— To się pokaże... Prędzej! Prędzej!
— Idziemy.
Wyszli. Na korytarzu otoczyli ich żołnierze szkoccy zbrojni w muszkiety. Zagłoba coraz był niespokojniejszy.
— Przecie na śmierć by nas nie prowadzili bez księdza, bez spowiedzi? — szepnął do ucha Wołodyjowskiego.
Po czym zwrócił się do oficera:
— Jakże godność, proszę?
— A waści co do mojej godności?