— Zali oni naprawdę są krewni? — zapytał Oskierko.
— Oni? Tacy oni krewni jak ja z waćpanem — odpowiedział Wołodyjowski — gdyż co pan Zagłoba mówił o wspólności klejnotu, to i to nieprawda, bo ja wiem dobrze, że jego klejnot woła się Wczele.
— A gdzie to pan Kowalski?
— Musi być przy ludziach albo w karczmie.
— Chciałbym go prosić, by mi pozwolił na konia którego żołnierskiego siąść — mówił Mirski — bo mi kości zdrętwiały.
— Na to się pewnie nie zgodzi — odparł Stankiewicz — bo noc ciemna, łatwo by szkapie ostrogi dać i czmychnąć. Kto by tam i dogonił!
— Dam mu kawalerski parol, że nie będę ucieczki tentował448, zresztą już i świtać zapewne zacznie.
— Żołnierzu! A gdzie to komendant? — pytał Wołodyjowski stojącego w pobliżu dragona.
— A kto jego wie?
— Jak to: kto jego wie? Kiedy ci mówię, żebyś go zawołał, to go zawołaj.