— Niechże wasza miłość komendę bierze, jako godnością najstarszy — rzekł pan Michał zwracając się do Mirskiego.
— Ani myślę! A mnie co po tym! — odrzekł stary pułkownik.
— To jegomość pan Stankiewicz...
— Ja mam swoją chorągiew i cudzej nie będę brał! Ostań waszmość przy komendzie; ceremonia sieczka, satysfakcja owies! Znasz ty ludzi, ludzie ciebie, i najlepiej przy tobie będą stawali.
— Uczyń tak, Michale, uczyń, boć to i niełakoma rzecz! — mówił Jan Skrzetuski.
— Niechże i tak będzie.
To rzekłszy pan Michał wziął buławę z rąk Zagłoby, uszykował w mig chorągiew do pochodu i ruszył wraz z towarzyszami na jej czele.
— A gdzie pójdziemy? — pytał Zagłoba.
— Żeby tak waściom prawdę powiedzieć, to sam nie wiem, bom jeszcze o tym nie pomyślał — odparł pan Michał.
— Warto się nad tym naradzić, co nam czynić przystoi — rzekł Mirski — i musimy bezzwłocznie do rady przystąpić. Jeno pierwej niech mi wolno będzie złożyć jegomości panu Zagłobie w imieniu wszystkich podziękę, że nas nie zapomniał i in rebus angustis459 tak skutecznie ratował.