— Mnie też, co go znam, dziwno to było i w głowie nie chciało się pomieścić, że on nas żywych z Kiejdan wypuszcza. Musiały być chyba jakieś powody, których nie znamy, a dla których sam nie mógł nas na śmierć skazać.
— Pewnie chodziło mu o opinię ludzką?
— Może.
— Jednakże dziw, jak to jest zawzięty pan! — rzekł mały rycerz. — Bo przecie, nie wymawiając, ja mu życie tak jeszcze niedawno na współkę z Ganchofem ratowałem.
— A ja pod jego ojcem, a potem pod nim trzydzieści pięć lat już służę! — rzekł Stankiewicz.
— Straszny człek! — dodał Stanisław Skrzetuski.
— Owóż takiemu lepiej w paszczękę nie leźć — rzekł Zagłoba. — Niech go diabli wezmą! Unikajmy z nim bitwy, a natomiast majętności, które po drodze się trafią, accurate465 mu wypłuczemy. Idźmy do wojewody witebskiego, żeby to mieć jakąś ochronę, jakowegoś pana za sobą, a po drodze bierzmy, co się da, ze spiżarniów466, ze stajen, obór, spichrzów, piwnic. Aż mi się dusza do tego śmieje, i już to pewna, że nikomu nie dam się w tym wyprzedzić. Co z pieniędzy po ekonomiach będziemy mogli wziąć, to bierzmy także. Im huczniej i okryciej467 przyjdziem do wojewody witebskiego, tym wdzięczniej nas przyjmie.
— On i tak nas wdzięcznie przyjmie — odrzekł Oskierko. — Ale dobra rada, żeby do niego iść, i lepszej teraz nikt nie wymyśli.
— Wszyscy głosy za tym dadzą — dodał Stankiewicz.
— Jako żywo! — rzekł pan Michał. — Tak tedy do wojewody witebskiego! Niechże on będzie owym wodzem, o któregośmy Boga prosili.