— A to nie widzisz, że się mroczy?... Światła! — zakrzyknął pan miecznik.
— Bóg widzi — mówił Kmicic — że miałem i sam intencję powinne służby waszmości złożyć, ale przybyłem zarazem i z rozkazu księcia, który sam by się do Billewicz wybrał, gdyby pora była sposobniejsza...
— Za niskie progi! — rzekł miecznik.
— Tego waszmość pan nie mów, gdyż zwyczajna to rzecz, że się sąsiedzi odwiedzają, jeno książę chwili wolnej nie ma, więc tak mi rzekł: „Wytłumacz mnie przed Billewiczem, że sam do niego nie mogę, ale niech on do mnie przyjeżdża z krewną, i to koniecznie zaraz, bo jutro lub pojutrze nie wiem, gdzie będę!” Ot, masz waszmość, z zaprosinami przyjeżdżam i cieszę się, żeście oboje państwo w dobrym zdrowiu, bo gdym tu zajechał, pannę Aleksandrę we drzwiach widziałem, jeno że znikła zaraz jako tuman na łące.
— Tak jest — rzekł miecznik — sam ją wysłałem, by wyjrzała, kto przyjechał.
— Czekam na odpowiedź, panie mieczniku dobrodzieju! — rzekł Kmicic.
W tej chwili pachołek wniósł światło i postawił je na stole; przy blasku świec widać było twarz pana miecznika zmieszaną bardzo.
— Zaszczyt to dla mnie niemały — rzekł — ale... zaraz nie mogę... Widzisz waszmość, że mam gości... Zechciej mnie przed księciem hetmanem wyekskuzować493...
— Już też, panie mieczniku, zgoła to nie przeszkoda, bo przecież ichmościowie księciu panu ustąpią.
— Sami mamy języki w gębie i możemy za siebie odpowiadać! — rzekł pan Chudzyński.