A między zgromadzonymi w pierwszej izbie głuche przez czas jakiś panowało milczenie; przerwał je na koniec miecznik rosieński:
— Zali już nie ma dla niego miłosierdzia? — spytał.
— Żal mi go — odparł Zagłoba — bo rezolutnie szedł na śmierć!
Na to Mirski:
— On kilkunastu towarzystwa spod mojej chorągwi rozstrzelał, prócz tych, których wstępnym bojem położył.
— I z mojej! — rzekł Stankiewicz. — A Niewiarowskiego ludzi w pień podobno wyciął.
— Musiał mieć rozkazy Radziwiłła — rzekł pan Zagłoba.
— Mości panowie, pomstę Radziwiłła na moją głowę ściągniecie! — zauważył miecznik.
— Waszmość musisz uciekać. My jedziem na Podlasie, bo tam się chorągwie przeciw zdrajcom podniosły, a waćpaństwo zabierajcie się zaraz z nami. Nie ma innej rady. Możecie się do Białowieży schronić, gdzie krewny pana Skrzetuskiego, łowczy dworski, przesiaduje. Tam was nikt nie znajdzie.
— Ale substancja moja przepadnie.