— Wielki książę litewski! — krzyknął znowu pan Jurzyc.
Ale tym razem nie odpowiedziało mu już milczenie ani śmiech — owszem, kilkadziesiąt zachrypłych gardzieli ryknęło naraz:
— Życzym tego! Z serca i duszy życzym! Niech nam żyje! Niech panuje!
Magnat wstał z twarzą czerwoną jak szmat purpury.
— Dziękuję wam, panowie bracia!... — rzekł poważnie.
W sali od świateł i oddechów ludzkich uczyniło się duszno jak w łaźni.
Panna Aleksandra przechyliła się przez Kmicica ku miecznikowi rosieńskiemu.
— Słabo mi — rzekła — chodźmy stąd.
Jakoż twarz jej była blada, a na czole lśniły krople potu.
Lecz miecznik rosieński rzucił niespokojnym wzrokiem na hetmana w obawie, czy mu porzucenie stołu nie będzie za złe poczytane. W polu był to odważny żołnierz, lecz z całej duszy bał się Radziwiłła.