Umilkli obaj.
Jednakże ze słów Kmicica ukazywało się jasno, że żołnierz zdołał wyciągnąć całą nagą prawdę z dyplomaty i że książę popełnił wielką nieostrożność, wielki błąd, zdradziwszy najtajniejsze zamysły własne i hetmańskie. Ubodło to jego miłość własną, więc też nie racząc ukrywać złego humoru rzekł:
— Nie przypisuj tylko tego własnemu dowcipowi, panie Kmicic, jeżeliś ze mnie prawdę wydostał. Mówiłem otwarcie, bom myślał, że książę wojewoda lepiej zna się na ludziach i przyszle człowieka godnego ufności.
— Książę wojewoda przysłał człowieka godnego ufności — odparł Kmicic — aleście go już stracili. Odtąd tylko szelmy służyć wam będą!
— Jeżeli sposób, w jaki mnie porwałeś, nie był szelmowski, to niech mi w pierwszej bitwie szpada do ręki przyrośnie.
— To fortel! W twardej ja się szkole ich uczył. Chciałeś wasza książęca mość poznać Kmicica, masz go! Nie pojadę z próżnymi rękoma do naszego pana miłościwego.
— I myślisz, że mi włos z głowy z ręki Jana Kazimierza spadnie?
— To sędziów, nie moja sprawa!
Nagle Kmicic zatrzymał konia.
— Hej! — rzekł. — A list księcia wojewody? Masz go wasza książęca mość przy sobie?