— Daj mu Boże zdrowie, zacny to pan!
— Dla Szwedów zacny, bo im wrota na rozcież otworzył.
— To waćpan, widzę, nie jego partyzant674?
Kmicic spostrzegł, że nieznajomy, wciąż niby dobrodusznie wypytując, bada go.
— Co mnie tam! — odrzekł — niech o tym inni myślą... Mnie strach, by mi Szwedzi koni w rekwizycję nie zabrali.
— To trzeba je było na miejscu zbyć. Ot, i na Podlasiu stoją podobno te chorągwie, które się przeciw hetmanowi zbuntowały, a które pewnie nie mają koni do zbytku?
— Tego ja nie wiem, bom między nimi nie bywał, chociaż jakiś przejezdny pan dał mi list do jednego z ich pułkowników, abym go przy okazji oddał.
— Jakże to ów przejezdny pan mógł dać waćpanu list, skoro na Podlasie nie jedziesz?
— Bo w Szczuczynie stoi jedna konfederacka chorągiew, więc ów jegomość rzekł mi tak: albo sam oddasz, albo okazję znajdziesz, wedle Szczuczyna przejeżdżając.
— A to się dobrze składa, bo ja do Szczuczyna jadę.