Idący na czele, chłop olbrzymi, stukał drewnianą nogą w luźne deski, którymi izba była wyłożona. Kmicic spojrzał nań i serce zabiło mu w piersiach.
Był to Józwa Butrym, zwany Beznogim.
— A gdzie gospodarz? — spytał, stanąwszy na środku izby.
— Jestem! — odrzekł karczmarz — do usług waszmości.
— Dla koni obrok!
— Nie ma u mnie obroków, chyba ci panowie użyczą.
To rzekłszy, karczmarz wskazał na Rzędziana i koniuchów.
— Czyi to ludzie? — spytał Rzędzian.
— A ktoś waćpan sam?
— Starosta z Wąsoszy.