— Czemu nie? — odpowiedział pan Andrzej. — A co, miły braciszku, także się to boisz?
— Panie! — odpowiedziało drżące pacholę — wyobrażałem sobie wojnę straszną, alem nie myślał, żeby była tak straszna!
— Nie każda kula zabija, inaczej by już ludzi nie było na świecie, bo matki by nie nastarczyły rodzić.
— Najwięcej, panie, strach mi owych kul ognistych, owych granatów. Czemu to one rozpękają się z takim hukiem?... Matko Boża, ratuj!... i tak okrutnie ludzi ranią?...
— Jak ci wytłumaczę, zyskasz na eksperiencji, ojczyku. Owóż kula to jest żelazna, a wewnątrz drążona, prochami naładowana. W jednym miejscu ma zaś dziurę dość małą, w której tuleja z papieru albo czasem z drewna siedzi.
— Jezu Nazareński! tuleja siedzi?
— Tak jest! Zaś w tulei kłak wysiarkowany, który się przy wystrzale zapala. Owóż kula powinna upaść tuleją na ziemię, by ją sobie wbić do środka, wonczas ogień dochodzi do prochów i kulę rozrywa. Wiele wszelako kul pada nie na tuleję, ale i to nic nie szkodzi, bo przecie jak ogień dojdzie, to wybuch nastąpi...
Nagle Kmicic wyciągnął rękę i począł mówić szybko:
— Patrz! patrz! oto! ot masz eksperyment!
— Jezus! Maria! Józef! — krzyknął braciszek na widok nadlatującego granatu.