— Zapłacę ja tym szarakom, zdrajcom, za życzliwość! — odparł posępnie Kmicic. — Ale to stało się po pijanemu... w kompanii... jako że żołnierze pohamować się w ochocie nie umieją. A co do dziewcząt, to jam ich nie ciągał.
— Wiem, że to owi bezwstydnicy, owi zbóje do wszystkiego waćpana podmawiają...
— To nie zbóje, to moi oficyjerowie...
— Jam tym waćpana oficyjerom kazała pójść precz z mego domu!
Oleńka spodziewała się wybuchu, tymczasem z największym zdziwieniem spostrzegła, że wiadomość o wypędzeniu kompanionów żadnego na Kmicicu nie uczyniła wrażenia, a nawet przeciwnie, zdawała mu się humor poprawiać.
— Kazałaś im pójść precz? — spytał.
— Tak jest.
— A oni poszli?
— Tak jest.
— Dalibóg, kawalerska w tobie fantazja! Okrutnie mi się to podoba, bo niebezpieczna rzecz z takimi ludźmi zadrzeć. Niejeden już ciężko za to zapłacił. Ale i oni znają mores156 przed Kmicicem!... Widzisz! Wynieśli się pokornie jak barankowie — widzisz! A czemu? Bo się mnie boją!