— Czekaj, dam znać przeorowi.
— A dobrze. No, panie Pietrze, daj gęby i ruszaj po księdza Kordeckiego.
Czarniecki pocałował go serdecznie i zawrócił. Ledwie uszedł ze trzydzieści kroków, zabielał przed nim ksiądz Kordecki. Domyślał on się sam, że Kmicic wyruszy, i szedł go pożegnać.
— Babinicz gotów. Czeka tylko na waszą wielebność.
— Spieszę, spieszę! — odpowiedział ksiądz. — Matko Boska, ratujże go i wspomagaj!
Po chwili stanęli obaj przy przechodzie, gdzie pan Czarniecki zostawił Kmicica, lecz pana Andrzeja nie było już ani śladu.
— Poszedł!... — rzekł ze zdumieniem ksiądz Kordecki.
— Poszedł! — odrzekł pan Czarniecki.
— A zdrajca!... — mówił z rozrzewnieniem przeor — chciałem mu jeszcze ten szkaplerzyk na szyję włożyć...
Umilkli obaj; milczenie było dokoła, bo dla zbyt ciemnej nocy nie strzelano z obu stron. Nagle pan Czarniecki szepnął żywo: