— Pod ogniem jesteśmy, cofać się! — zakomenderował Sadowski.
Zbrożek chwycił za cugle Millerowego konia.
— Jenerale, cofamy się! Tu śmierć!
Miller był jakby odrętwiały, nie odrzekł ni słowa, pozwolił wywieść się z promienia pocisków. Wróciwszy do swej kwatery, zamknął się w niej i cały dzień nie chciał nikogo widzieć.
Rozmyślał zapewne o swej sławie Poliocertesa.
Tymczasem Wrzeszczowicz wziął w ręce całą władzę i z niezmierną energią począł czynić przygotowania do szturmu. Sypano nowe szańce, żołnierze łamali w dalszym ciągu po górnikach skałę dla założenia miny. Ruch gorączkowy trwał w całym obozie szwedzkim; zdawało się, że nowy duch wstąpił w oblegających lub że im świeże posiłki przybyły.
W kilka dni później wieść gruchnęła po obozie szwedzkim i sprzymierzonym polskim, że kopacze znaleźli przechód podziemny, idący pod sam kościół i klasztor, i że tylko od dobrej woli jenerała zależy wysadzić całą twierdzę w powietrze.
Radość niezmierna ogarnęła znużonych mrozami, głodem i bezowocną pracą żołnierzy.
Okrzyki: „Mamy Częstochowę!... Wysadzimy ten kurnik!” — przebiegały z ust do ust. Rozpoczęły się uczty i pijatyka.
Wrzeszczowicz był wszędzie, zachęcał żołnierzy, utrzymywał w wierze, potwierdzał sto razy dziennie wieść o znalezieniu przechodu, podniecał uczty i hulanki.